Marketing bez tłumaczeń? Nie ma mowy!

Marketing bez tłumaczeń? Nie ma mowy!

Czasy, kiedy handlowało się tylko na terenie własnego kraju już dawno minęły. Globalizacja zatacza coraz szersze kręgi, firmy coraz śmielej wkraczają na zagraniczne rynki, potrzebując tłumaczenia niezliczonych ilości tekstów reklamowych, opisów towarów, dokumentów, umów…

Jeśli wchodzicie do zagranicznego sklepu i widzicie opakowania w języku polskim, to wiedzcie, że nie zrobiły tego krasnoludki, ani żaden internetowy translator. Jest to twórcze (a jakże!) dzieło profesjonalistów z biura tłumaczeń, którzy mają wszelkie niezbędne kompetencje, żeby móc działać w innych obszarach kulturowych i językowych.

Przekaz musi idealnie trafić do konkretnej grupy odbiorców, którzy wychowali się w innej społeczności. Nawet jeśli coś dobrze brzmi w języku źródłowym, to nie mamy pewności, że sprawdzi się to na innym rynku.

Houston, mamy problem językowy

Błędy językowe to nie jedyny kłopot. Każdy kraj, poza kulturą ma także inne odmienności, np. w sposobie mówienia, który nie zawsze będzie dobrze odebrany przez zagranicznych odbiorców i przekaz może być zafałszowany. Właśnie w tym rola tłumaczy, którzy na co dzień zajmują się innymi kulturami i obyczajami, aby przenieść te odmienności na nowy grunt, zachowując charakter wypowiedzi. Zadanie wybitnie trudne, zwłaszcza w przypadku sloganów, żartów, porównań czy metafor. Dla niektórych produktów specjalnie zmieniane są nazwy, aby została dobrze odebrana w innym kraju. Znanym przykładem jest Rolls-Royce Silver Mist. Koncern dokonał drobnej korekty, po tym, jak się okazało, że po niemiecku „mist” oznacza „nawóz, gnój, kupę”.

W przypadku ekskluzywnej limuzyny takie nazewnictwo – delikatnie mówiąc – nie wypada. Niestosowna była również nazwa Nissan Moco, gdyż w krajach hiszpańskojęzycznych „moco” oznacza osobę, która lubi dłubać w nosie. Podobną wpadkę zaliczył Chevrolet i jego model „Nova”, gdyż po hiszpańsku „no va” oznacza „nie jeździ”. Niefortunna nazwa zwłaszcza dla samochodu. Obiecujemy, że o wpadkach więcej będzie następnym razem. Poświęcimy im cały artykuł. Taki świąteczny prezent.

Jak widać na przedstawionych przykładach, marketingowcy muszą korzystać z usług doświadczonych tłumaczy, którzy posiadają obszerną wiedzę, a wielu zna kilka języków obcych. Doświadczenie to podstawa.

Transkreacja

Chińczycy słyną z częstych zmian nazw produktów, gdyż dla nich są one bardzo ważne. W wielu przypadkach to nośniki treści metaforycznych. Mamy zatem do czynienia z tzw. „nieprzekładalnością”. Nie można tłumaczyć na siłę, sztucznie, nie znając różnic językowych, czy – jak w przypadku Chińczyków - kulturowych.

Tłumacz to nie tylko rzemieślnik, który bezmyślnie przekłada z jednego języka na drugi. W przypadku branży marketingowej, tłumacz powinien dysponować umiejętnościami copywriterskimi, mieć lekkie pióro, być na bieżąco ze wszelkimi idiomami czy niuansami językowymi. Czasem musi stworzyć slogan na nowo, bo tłumaczenie nie ma sensu. Przekaz byłby niezrozumiały. Taka usługa określana jest mianem transkreacji (translacja + kreacja). Tłumacz musi się wznieść na wyżyny kreatywności.

Jeśli znacie jeszcze jakieś branże, w których bez tłumacza ani rusz, podzielcie się z nami w komentarzach.