Nieprzekładaniec. Walczyć czy odpuścić?

Czy nieprzekładaniec może być smaczny? Czy są teksty, które nie sposób przełożyć na język ojczysty? Co zrobić w takiej sytuacji? Te pytania dobitnie świadczą o tym, jak niewdzięczna jest praca tłumacza, dlaczego nie powinna być nazywana odtwórczą. Tłumacz wielokrotnie bije się z myślami, co zrobić w sytuacji bez wyjścia. „Odpuścić? Poddać się? Przyznać się do słabości? A może podjąć jedyną słuszną decyzję i nie walczyć z wiatrakami?”. To są dylematy, z którymi pewnie zmagali się tłumacze takich książek jak „Finnegans Wake” (James Joyce), którzy zetknęli się ze ścianą w postaci dzieła nieprzekładalnego. Spytajcie dowolne biuro tłumaczeń, jak często spotykają się w swojej pracy z takim przypadkiem.

copyright-389901_960_720

Książki to efekt twórczej pracy pisarza, który niekiedy posługuje się „własnym językiem”, bawiąc się firmą, kreując coraz bardziej wymyślne neologizmy czy wielojęzyczne kalambury. Mocno utrudnia życie tłumaczowi, który – po klęskach poprzedników – próbuje pokazać, że to on jest tym, na którego czekano. Rycerz na białym koniu, wychodzący z tłumaczeniowej bitwy obronną ręką. Jest to piekielnie trudne zadanie, ale z drugiej strony szalenie ambitne wyzwanie, dzięki któremu można zapewnić sobie zaszczytne miejsce w gronie najwybitniejszych rodzimych tłumaczy.

Pokusa jest tak duża, że próbuje wielu, a często udaje się zazwyczaj jedynie Maciejowi Słomczyńskiemu, guru translatoryki, któremu udało się przetłumaczyć dzieła Szekspira, co było nieprawdopodobnie trudnym zadaniem. Podobno jako jedyny na całym świecie (!) przełożył całego Szekspira, choć jakość tego tłumaczenia – jak się można domyślić – budzi sporo kontrowersji.
Nic dziwnego, bowiem w każdym języku znajduje się wiele wyrażeń, których przetłumaczenie jest praktycznie niemożliwe i dla dobra przekładu lepiej się nie podejmować tego zadania.

Są jednak śmiałkowie, którzy dokonują bardziej tłumaczenia opisowego niż przekładu, stosując sporo idiomów. Niektóre słowa są związane z kulturą danego kraju i ich tłumaczenie brzmi sztucznie. W każdym języku znajdziemy słowa, które nie posiadają swoich odpowiedników w obcych językach. Już ten argument świadczy o tym, że całkowita przekładalność jest niemożliwa. Nie jesteśmy w stanie dosłownie przekazać, co autor chciał nam zakomunikować. Musimy odnosić się do nowej rzeczywistości i rodzimej kultury. Wtedy pewne zjawiska zaczynamy uniwersalizować. Zwłaszcza mając na uwadze, że często mamy do czynienia z nieprzekładalnymi językami niefleksyjnymi.

Trzeba sobie uświadomić, że liczba neologizmów i slangów rośnie w zawrotnym tempie, więc dogonienie dokładnego przekładu nie będzie już nigdy możliwe. Musimy się pogodzić z faktem, że sporu nie da się rozstrzygnąć. Nigdy się nie dowiemy, czy powinniśmy tłumaczyć wszystkie teksty.