Upsss… wpadka!

Upsss… wpadka!

Hoł hoł hoł! Dzisiaj na blogu poczuliśmy świąteczny klimat, więc mamy dla Was luźny tekst o wpadkach tłumaczeniowych w branży reklamowej. Idealny temat na bieganie pomiędzy karpiem a pierogami. Przesadnie się nie zmęczycie. Zasiądźcie wygodnie w fotelach i posłuchajcie o najśmieszniejszych historiach, które przytrafiły się wielkim firmom. Widocznie oszczędziły na profesjonalnym biurze tłumaczeń i cały świat miał z nich niezły ubaw, a my mamy temat na artykuł, ostatni w tym roku…

Reklama to potężne narzędzie, ale jeśli firmy nie potrafią się nim posługiwać, to może obrócić się przeciwko nim ze zdwojoną siłą. Miała być promocja marki, a skończyło się marketingowym samobójstwem. W ostatnim tekście mieliście namiastkę, a dzisiaj przedstawiamy wiele językowych wpadek, które w niektórych krajach odbiły się sporym echem. Pamięć konsumenta nie jest wcale taka krótka, więc to przestroga dla wszystkich międzynarodowych przedsiębiorstwa, maczających swoje palce w reklamie.

Nauczkę ma na pewno japoński koncern Mitsubishi, który w 2010 roku postanowił, że jego najnowsze dziecko, przyjmie imię „Pajero”. Jak pomyśleli, tak zrobili. Nie przewertowali jednak japońsko-hiszpańskiego słownika. Duży błąd, gdyż wypuścili na międzynarodowe rynki samochód, który w wielu regionach Hiszpanii oznaczał „Mitsubishi Onanista”. Niefortunna zagrywka. Minęło 5 lat, a my wciąż pamiętamy o tej wtopie. Długo się przygotowali do przedstawienia nowego modelu. Opracowali cały plan, zaprojektowali, skonstruowali, a zapomnieli o błahej – jak im się wtedy wydawało – kwestii, czyli pomocy tłumacza. Świat składa się z detali. Rynek hiszpański raczej nie przyjąłby zbyt pozytywnie nowego auta ze znanej japońskiej stajni, dlatego szybko zmieniono nazwę na „Montero”. Szybko zadziałał zespół do rozwiązywanie sytuacji kryzysowych.

To jednak nie koniec samochodowych wpadek w tej branży, która już widziała niejedno. Znowu przenosimy się do Hiszpanii. Tym razem wpadka spotkała Forda Pinto, który w hiszpańskim języku oznacza „małego penisa”. Natomiast Ford Kuga nie przyjął zbyt dobrze przyjęty w Serbii, gdyż w tym języku „Kuga” oznacza plagę.

Żeby nie było, że Hiszpanie to tylko ofiary wpadek językowych, to ich Seat Ronda został źle odebrany na Węgrzech, gdzie „ronda” oznacza „paskudny”. Swego czasu głośno było – ale tylko przez chwilę – o Hondzie Fitta (w Norwegii i Szwecji to słowo oznacza „narządy płciowe), ale szybko wycofano się z tej nazwy.

Teraz przenieśmy się do branży żywieniowej, a konkretnie do - znanej nam wszystkim – KFC. Próbowali oni promować swoje kurczaki w Hongkongu sloganem „Finger lickin good”, co zrozumiano jako „Odgryź sobie palce”. Jeszcze ciekawiej było z piwem Coors, które zamarzyło podbić hiszpańskie rynki. Ich hasło „Turn in loose” przetłumaczono na hiszpański „będziesz mieć biegunkę”. Czy w Polsce znajdziemy taki międzynarodowy produkt, który w naszym języku brzmi – delikatnie mówiąc – nie najlepiej? Nie trzeba daleko szukać. Pewnie kojarzycie światowego potentata w branży żarówek, OSRAM? Już zdążyliśmy się oswoić z tą nazwą. Do wszystkiego można się przyzwyczaić.

Chociaż niektóre slogany reklamowe nie mogły przejść niezauważone. Kiedy Starbucks chciał w Niemczech reklamować swoje produkty hasłem: „Enjoy your morning latte”, to wzbudziło to niemałe kontrowersje, gdyż słowo „latte” w niektórych slangach oznacza „wzwód”. Ich notowania raczej urosły po tej akcji.

Gdyby częściej korzystano z usług fachowców z branży tłumaczeń, to duże firmy nie musiałyby tłumaczyć się ze swoich działań, choć niektóre pewnie ucieszyły się, że były na ustach wszystkich. Jednak większość wolała zapaść się pod ziemię…

Pozdrawiamy, Btdsevices.pl